Olgierd Łukaszewicz - ja aktor

Andrzej Wajda – in memoriam

Tego wciąż nie można oswoić.

Padło już tak wiele słów, które starają się sprostać świadomości straty, jaką ponieśliśmy wraz ze zniknięciem z pejzażu naszego życia śp. Andrzeja. Przez te dni, które minęły od Jego śmierci, ja też już wiele zdążyłem o Nim powiedzieć dla mediów, a wśród przyjaciół ze zdumienia tylko szeroko otwierałem oczy.

W poniedziałek około 8 rano, dnia 10 października, zadzwoniono z TVN 24 z wiadomością, która mnie poraziła. Proszono o natychmiastowy przyjazd do studia. Natychmiast biała koszula, czarny krawat, jednym słowem nie dałem się zaskoczyć w codzienności. Gorączkowo zbierałem myśli. Już wiele lat temu wiedziałem, że spotkałem w Nim jedną z najważniejszych Osób mojego życia. W studio mówiłem ponad 10 minut, prawie bez przerwy. Tłumaczyłem sobie i Polakom, że Wajda to fundament naszego narodowego dyskursu, że jak Mickiewicz, jak Żeromski, Wyspiański czy Stanisława Przybyszewska… Wystrzegałem się słów, którymi spoufalałbym się z Nim, z którym od 1970 roku byłem na „ty”, którego serdeczność i życzliwość odczuwałem, i którego spotykałem wiele razy nie tylko w pracy.

Najpierw zobaczyłem Popioły. Z klasą. Obraz po obrazie wbił się w mózg tak, że jeszcze po latach potrafiłem przewidywać w czasie seansu kolejne kadry… Saragossa, ciało Wyganowskiego w centrum, otoczony ułanami… brzęczą cykady. Ponury Napoleon wraca spod Moskwy, na wpół oślepły Rafał brodzi przez śniegi. Potem dopiero był Popiół i diament. Rozedrgany Zbigniew Cybulski wyrażający rozpacz przez uśmiech i wciąż jakby w zawieszeniu, żadna reakcja nie jest jednoznaczna, wszystko jest pytaniem… Po latach, na Chełmskiej, ocierałem się o ludzi Wajdy – robili Wszystko na sprzedaż. Zlatywali się do bufetu rozgorączkowani, uniesieni, rozgadani. Wyłapywałem słowa gorących dyskusji o robocie na planie. Zamarzyłem spotkać Go w akcji, żeby ze mną też chciał coś zrobić. Ledwo zgasło światło na premierze Soli ziemi czarnej, ktoś stuka mnie w plecy: „Pan Andrzej chce z panem mówić…”.

Na planie Brzeziny widziałem czarodzieja. Inscenizował obrazy, rozkazywał i nieoczekiwanie zapadał w drzemkę. Wiedział jak „dobrać” się do mnie. Zręcznie odmykał mi serce tak, że każdy niuans roli był dla Niego. Ale czy On o tym wiedział? To, co na podwórku leśniczówki, to wywiedzione z Iwaszkiewicza, ściszone narady, porozumienie bardziej w oczach, aby nie wygadać wszystkiego, tylko grać, pokazać. Pracownicy ekipy zamieniali się w pomocników Maga. Miałem wrażenie, że chodzą na palcach. Ten fokus uwagi Andrzeja był jak zastrzyk energii, która pozwalała mi zespalać się z postacią Stasia.

Po latach tych spotkań było jeszcze kilka. Kiedyś cały pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia wraz z żoną Grażyną spędziliśmy u Krystyny i Andrzeja. Już podnosiliśmy się do wyjścia, bo nie wypada przecież tak długo, a tu  życzliwe położenie ręki na ramieniu – „dokąd się spieszysz?”. Andrzej przymierzał mnie do roli Chopina w serialu, którego nigdy nie zrealizował. Stan wojenny… W salonie u Wajdów aktorzy jak spiskowcy w jakimś narodowym powstaniu. Pierwsza próba czytana „Wieczernika” Brylla. Byliśmy jak w dworku, gdzie na ścianach wiszą bardzo polskie pamiątki. Andrzej dał do zrozumienia, co to jest odpowiedzialność wobec chwili. Jasne było dla nas, że dziejowej. Do kościoła na Żytniej, żeby zobaczyć przedstawienie Wajdy, ściągały tłumy, ale przede wszystkim nowi przywódcy Ojczyzny, działacze zdelegalizowanej Solidarności. Andrzej liczył na nas. To zobowiązywało. W połowie lat 70. zainscenizował „Sprawę Dantona” Przybyszewskiej w Teatrze Powszechnym w Warszawie. Na próbach, gdy jeszcze trwał remont i warczały młoty pneumatyczne, mówił: „pokonujcie energią ten hałas, to właśnie muzyka rewolucji”. Andrzej uskrzydlał, pomagał znaleźć właściwy ton. Na widowni luminarze PRL-u. Przychodzą potem spotkać Wajdę w saloniku obok sceny, mówiąc: „no, ale nasza rewolucja nie taka straszna, nie obcina głów”, Andrzej rozgląda się wokół, dając do zrozumienia, że trzeba uśmiechem odpowiedzieć na to specyficzne poczucie humoru. Miał w sobie niezwykłą dyscyplinę i formę, która Go w stosunkach z ludźmi, chroniła przed nieoczekiwanymi prowokacjami. Uśmiechem odpowiadał na znoszone Mu wiadomości o tym, jakimi epitetami tu i ówdzie Go obdarzano. Był ciekaw, co robimy, nie krytykował naszych wpadek, ale wstydziliśmy się przyznać do koncesji na rzecz banału i taniochy. Miał siłę promieniowania, gotowość do wymiany opinii i był ciągle zdziwiony, gotów zaofiarować swój czas, gdy męczyłem się, szukając własnej formy. Czterogodzinna próba „Psalmów Dawida” w Piwnicy na Wójtowskiej miała atmosferę sporu religijnego. Byliśmy sami. A po „Wieczerniku” napisał mi: „Jest zmartwychwstanie”.

Olgierd Łukaszewicz

IMG_2667

 

 

IMG_2665

 

 

IMG_2662

 

 

 

IMG_2686

Olgierd Łukaszewicz

Aktor filmowy, teatralny, radiowy, wykonujący swój zawód od ponad 40 lat. Obecnie związany z Teatrem Polskim w Warszawie. Prezes Związku Artystów Scen Polskich. Spośród kilkudziesięciu filmów, w których zagrał, najbardziej ceni sobie: „Brzezinę” Andrzeja Wajdy, „Sól ziemi czarnej” i „Perłę w koronie” Kazimierza Kutza, „Dzieje grzechu” Waleriana Borowczyka, „Lekcję martwego języka” Janusza Majewskiego, „Gorączkę” Agnieszki Holland, „Wierną rzekę” Tadeusza Chmielewskiego, „Seksmisję” Juliusza Machulskego, „Magnata” Filipa Bajona, „Pokuszenie” Barbary Sas, „Jańcia Wodnika” Jana Jakuba Kolskiego, „Generała Nila” Ryszarda Bugajskiego i „Daas” Adriana Panka.

Prywatnie zakochany w swoich wnukach, 8-letnim Adasiu i 5-letniej Hani.

5 komentarzy

Click here to post a comment

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close