BlogStar -> Anna Samusionek -> Cudowne ocalenie Lili

Cudowne ocalenie Lili

 

Lato przywitało nas falą afrykańskich upałów, wszyscy szukają schronienia i chłodu, a  po solidnych i wielomiesięcznych narzekaniach na mrozy zaczęła się era narzekania na wysokie temperatury :). Dlatego pomyślałam, że w ramach ochłody ciał i umysłów na dobry początek podzielę się z Wami historią (o rany! nie wiem, kiedy minęło to pół roku!) z czasu, gdy po domu biegałam w wełnianych skarpetkach :)

Anna Samusionek: Cudowne ocalenie Lili - BlogStar.pl

Z reguły spędzam Sylwestra i Nowy Rok gdzieś w odległych ciepłych krajach, tym razem jednak z różnych powodów ostatnie dni 2012 roku z córeczką oraz naszą ukochaną Lili (2-letnia suczka rasy papillon) postanowiłyśmy spędzić w dobrze mi znanym i bardzo przeze mnie lubianym hotelu w Mierkach na Mazurach, niedaleko Olsztynka. Dzień przed Sylwestrem, a była to niedziela, zorganizowano obiadokolację w formie grilla nad jeziorem. Pyszne jedzonko, rozgrzewające trunki, ognisko i miła atmosfera jak zawsze zresztą w tym hotelu. Moja psina stawiała w nim swoje pierwsze kroki bez smyczy, gdy miała kilka miesięcy.

Anna Samusionek: Cudowne ocalenie Lili - BlogStar.pl

Tu bawiła się z niesamowitą kotką, która traktowała mojego psa jako najlepszego kompana w podchodach, zapasach i zabawie w berka, przez co teraz moja Lili jest za każdym razem sfrustrowana, gdy próbuje to samo robić z innymi kotami, a one traktują ją jak agresora i zupełnie nie rozumieją jej czysto rozrywkowych intencji.  W tym miejscu muszę dla niewtajemniczonych dodać, że papilliony to psy niewiele większe od kocich przedstawicieli, a czasem nawet zdecydowanie mniejsze.

 

W związku z tym, że Lili, jak mówią moi bracia, ma jedną funkcję – lizanie – jest przemiłą psiną i doskonale znała teren, wzięłyśmy ją na tę kolację bez smyczy i obroży, aby sobie swobodnie pobiegała. Miało to też egoistyczne pobudki, bo liczyliśmy, że dzięki temu da nam następnego dnia dłużej pospać. Nie była zresztą na tej kolacji jedynym psem. Po jakimś czasie, mimo że do Sylwestra  dzielił nas cały dzień, ktoś zaczął  na zamarzniętym jeziorze puszczać fajerwerki i to takie naprawdę widowiskowe, robiące dużo huku i pozostawiające po sobie zapach spalonych zgliszczy. To powinno wzbudzić moją czujność, ale zbytnio skupiłam się na wyłuskiwaniu czegoś wegetariańskiego spośród grillowanych karkówek i kiełbasek. W pewnym momencie moja córeczka zapytała mnie, gdzie jest Lili, a ja wciąż skoncentrowana na tym, czy w pieczonym ziemniaku nie znajdę boczku, odpowiedziałam, że „przecież gdzieś tu musi być”. Na swoje usprawiedliwienie dodam jeszcze, że nie miałam żadnych doświadczeń dotyczących psa i Sylwestra, bo jak już wspomniałam, z reguły bywam w tym czasie za granicą i tak też było rok temu. Ja puszczałam lampiony w Tajlandii, a mój niespełna roczny piesek był pod opieką mojej mamy. Zero lampek alarmowych!!!
W końcu zaniepokojone, że na wołanie nie przybiega do nas biała kuleczka z uszami jak skrzydła motyla, zaczęłyśmy jej szukać. Ktoś powiedział, że widział ją jak biegła przestraszona wzdłuż budynku hotelu. W tym momencie dotarło do mnie, że mój pies należy do grona tych, dla których sylwestrowa noc jest największym koszmarem, który są w stanie przetrwać tylko ze względu na wielką i niczym nieuzasadnioną miłość do człowieka. Dotarło też do mnie, że szanse na jej odnalezienie, w otaczających nas ze wszystkich stron lasach, są bardzo nikłe!

Nigdy nie ukrywam, że jestem głęboko wierzącą osobą, choć trochę inaczej niż 90% naszego społeczeństwa, więc po uświadomieniu sobie powagi sytuacji, wzięłam córeczkę na bok i po prostu pomodliłyśmy się do Boga, bo doszłam do wniosku, że tylko On może nam pomóc. Rozesłałam też sms-y do przyjaciół, aby również się modlili i rozpoczęliśmy poszukiwania. Po jakimś czasie, ku naszemu zdziwieniu, dołączyli do nas inni hotelowi goście, nawet małe dziewczynki, które chodziły po krzakach z latarką, bo jak stwierdziły, one też kiedyś straciły psa i nie chciały, by komuś również to się przytrafiło. Posiadacz wielkiego labradora lub dużego psa innej rasy (emocje, które mi towarzyszyły mogą przekłamywać rzeczywistość) próbował nawet przekonać swego nigdy nie tresowanego do tego pupila, że jest w stanie odnaleźć Lili po śladach, gdyż daliśmy mu do powąchania jej zabawkę. Przemiły właściciel ośrodka uruchomił do poszukiwań ochronę hotelu. Wszystko jednak na nic. Ponad godzina wołania, klaskania w dłonie, przetrząsania krzaków w ciemnościach i ani śladu psa. Moja córeczka zalewała się łzami, ja przy niej starałam się być twarda, ale gdy na jednej z górek poślizgnęłam się na lodzie i solidnie stłukłam miejsce tuż nad pośladkami, również zaczęłam płakać jak dziecko. Nie miałam złudzeń, mała psina, choć nigdy nie wymagała zimą żadnych ubranek ani bucików, jak to często bywa z „francuskimi pieskami”, nie ma szansy przeżyć mroźnej nocy w lesie, a wizja, że stanie się przekąską dla jakiegoś drapieżnika doprowadzała mnie do rozpaczy. Wyrzucałam sobie w duszy, że tyle razy narzekałam ile to mam przez nią odkurzania, bo wycieranych kałuż w salonie czy łazience już nie liczę (parkiet do wymiany).

Po około dwóch godzinach praktycznie straciliśmy już całkowicie nadzieję, ale wtedy nastąpił wymodlony cud. Przepraszam za mocne słowa, ale jeżeli już o cud się modlę, to gdy następuje, mam zwyczaj nazywać go po imieniu. Właściciel hotelu powiadomił mnie, że do recepcji zadzwoniła jakaś pani z pytaniem, czy przypadkiem komuś z gości nie zginął piesek, bo znaleźli właśnie małego psiaka, który kompletnie nie pasuje do wiejskiego otoczenia, półtora kilometra od naszego hotelu!!! Powiedziała recepcjoniście, że sama go przywiezie za około 30 minut!!! Oczywiście wciąż nie miałam pewności, czy chodzi o Lili, ale serce waliło mi jak dzwon. Gdy nie pojawiła się po tym czasie, moje zdeformowane miejskim życiem i doświadczeniem serce zaczęło podejrzewać, że może zrezygnowała, że może ktoś uświadomił jej, że piesek nie jest tani, że można na nim zarobić, że… O, jakże wstydzę się dziś tych wszystkich myśli!
Około 50 minut po telefonie (może szybciej, może później, czas dla mnie stał w miejscu) przed hotelem zobaczyliśmy parę młodych ludzi. Dziewczyna na rękach niosła futrzane stworzenie, które już z daleka zdradzało swoją tożsamość – LILI!!! Rozpłakaliśmy się wszyscy tzn. ja i moja córeczka. Psina była tak umęczona, że stać ją było ledwie na dwa mlaśnięcia językiem po moim słonym policzku. Z napięcia zapomniałam nawet wybawców zapytać o imiona. „Wielkomiejskim” zwyczajem upewniłam się tylko jakiej gratyfikacji oczekują, ale nie chcieli absolutnie nic! Okazało się, że jechali samochodem do domu i zobaczyli przy drodze coś, co przypominało lisa, ale lisem nie było. Zatrzymali się, by sprawdzić, co to jest. Gdy zorientowali się, że to przestraszony piesek czekali tak długo, aż Lili pozwoliła do siebie podejść i wziąć się na ręce. Nawet w normalnej sytuacji nie jest to łatwe, a niewątpliwie musiała być w szoku. Stwierdzili, że nie może to być tutejszy pies, lecz prawdopodobnie zapodział się turystom. Postanowili zadzwonić do najbliższego hotelu w okolicy. Resztę już Państwo znacie. Komu dziś chce się robić takie rzeczy?! Kto zatrzymałaby się na drodze widząc zbłąkane zwierzę?! Kto osobiście odwiózłby je przerażonym, zapłakanym właścicielom?! Co za piękne „wewnętrzne wnętrze”!!! Tak żałuję, że nie mogę podziękować tym osobom przynajmniej z imienia, ale mam nadzieję, że doświadczą co najmniej tyle dobra, ile wyświadczyli nam, bo dzięki nim ostatni Sylwester nie zamienił się dla nas w stypę. DZIĘKUJĘ!DZIĘKUJĘ!DZIĘKUJĘ! Także tym wszystkim, którzy w hotelu wraz z nami cieszyli się z odnalezienia naszej psiny, dopytując nad ranem o wszystkie szczegóły.

Gdy wróciłyśmy do domu zastałyśmy całe osiedle i dzielnicę obklejoną zdjęciami ślicznego yorka, który zaginął z tych samych powodów co nasza Lili. Właściciele  nie mieli jednak tyle szczęścia co my, nie znalazł się nikt o tak  wspaniałym wnętrzu, by pochylić się nad cudzym nieszczęściem. A może po prostu zapomnieli się pomodlić?

Anna Samusionek: Cudowne ocalenie Lili - BlogStar.pl

Ta „przygoda” nauczyła mnie jednego – moja psina za teren naszej posesji nie wychodzi bez obroży ze specjalną zaczepką z imieniem i numerem telefonu. Wam też radzę o tym zawsze pamiętać, bo to może ocalić Waszego pupila, gdy nie będziecie mieć tyle szczęścia co my! Do opowieści o Lili wrócę jeszcze pewnie nie raz, bo to kopalnia ciekawych historyjek i z chęcią wymienię się z Wami  doświadczeniami dotyczącymi tej rasy. Dziś garść fotek mojego motylka :)

Komentarzy: 17 dla “Cudowne ocalenie Lili

  1. pies to prawdziwy przyjaciel, dlatego, że zawsze jest szczery!!!! takich życzę Pani też wśród ludzi, fajnie, że będzie Pani pisać tutaj, z przyjemnością poczytam;)

  2. Dobre serce dla zwierząt świadczy o człowieku,. Super wpis! Az się wzruszyłam…, tak tak historia chwyciła mnie za serce.

  3. Ta rasa pieska jest śliczna, ciekawe jak się chowają i ile kosztują, bo też bym taki chciała dla Córeczki.

  4. Bardzo ciekawa historia, popiera pies powinien mieć namiar na właściciela. Wtedy łatwo odnaleźć zgubę.

  5. happy-end jest zawsze miły, fajna historia, mój piesek niestety już zszedł z tego świata, ze starości ale ciągle o nim myslę. Pozdrawiam miłośniczkę zwierząt.

  6. Doskonale rozumiem stres jak Pani towarzyszył, mój tata przeżył podobna historie z psem. A psa mojej siostry po prostu ktos ukradł!

  7. witam serdecznie, cieszę się bardzo, bo lubię Panią . Proszę napisać coś o dbaniu o figurę, bo pani ma fantastyczną!

  8. Rozumie pania Anie doskonale, mi także kiedyś zagniął piesek. Wielkie cierpienie nie do opisania.

  9. Te pieski są rzeczywiście piękne, sama chciałabym takiego mieć. A tekst – co tu dużo mówić – bardzo wzruszający.

  10. to rzeczywiście piekna historia. Mój piesek od dawna ma identyfikator, tak na wszelki wypadek.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>